Powroty z offline

Mimo wielokrotnie składanych sobie obietnic nie dotrzymałam słowa i swój romans z klawiaturą schowałam na dnie szafy - dosłownie. Na kilka dobrych miesięcy odpuściłam i zajęłam się „bieżącym życiem”, ale nie odczułam tego spokoju ani realności, jakie obiecywała egzystencja offline.

Powoli powracam. I nie jest to tylko powrót do publikowania czy tworzenia, a raczej powrót do siebie. Bo jeśli czegoś nauczyłam się przez te kilka miesięcy, to tego, że mogę być tu i teraz bez zatracania siebie i swoich pasji, a moje otoczenie nic na tym nie straci. Zrozumiałam, że w moim przypadku nie chodzi tylko o robienie estetycznych zdjęć czy lanie wody w czeluści internetu, ale o kreatywne wyżycie się i romantyzowanie życia, które w każdej innej formie po prostu mnie nudzi. A przecież nie tak powinno to wyglądać.

Zatraciłam się trochę w realiach i codziennych obowiązkach. Kiedy przestałam patrzeć na świat przez obiektyw aparatu i przestałam przelewać na klawiaturę swoje przemyślenia, po prostu egzystowałam. Powielałam codzienne czynności, robiłam wszystko automatycznie i mechanicznie. Zgubiłam gdzieś codzienny romantyzm, swoje różowe okulary – i bardzo, ale to bardzo mi ich brakowało.

Dlatego siedzę dziś w ciemnościach, ze szklaneczką sfermentowanego soku z winogron, i pozwalam sobie pisać. A jest o czym. Ostatnich kilka miesięcy minęło szybko. Wydawać by się mogło, że nie zmieniło się nic, a wydarzyło się tak wiele, że ciężko będzie mi znaleźć słowa, by się w tym wszystkim nie pogubić.

2025 był dla mnie rokiem przełomowym. Układałam sobie życie jako mama już dwójki dzieci. Zmieniłam pracę. Kupiłam swój pierwszy samochód. Wróciłam ponownie na Majorkę – tylko na chwilę, ale była to dla mnie bardzo sentymentalna podróż. Odwiedziłam też Sewillę i… chyba przepadłam. Zmieniłam kolor włosów jakieś sto razy. Przebiegłam swój pierwszy maraton. Założyłam hiszpańską kartę biblioteczną i zrozumiałam, że bez aparatu, książki i tiulowej spódnicy nie jestem sobą.

I może to wszystko brzmi jak lista przypadkowych wydarzeń, ale dla mnie każde z nich jest dowodem na to, ze coś się w tym moim życiu działo i jest co celebrować, ze nie stoję w miejscu, ze potrafię się bać i mimo to iść dalej, ze mogę być mamą, kobietą, korpo-ludkiem, marzycielką i romantyczką w jednej osobie – bez wybierania tylko jednej wersji siebie.

Bo prawda jest taka, że nie chcę już wybierać między „realnym życiem” a tym wykreowanym, zapisanym w kadrach i słowach. Jedno i drugie jest moje. Jedno i drugie jest prawdziwe. Aparat nie odbiera autentyczności chwili – on ją dla mnie utrwala. Pisanie nie oddala mnie od życia – ono pozwala mi je lepiej rozumieć.

Może więc ten powrót nie jest powrotem do internetu.
Może to powrót do patrzenia uważniej.
Do celebrowania porannej kawy. ( Może jednak 2026 to naprawdę nowy 2016? )
Do robienia zdjęcia zachodowi słońca bez poczucia winy.
Do zakładania tiulowej spódnicy w zwykły wtorek.

Bo jeśli mam już romantyzować życie, to swoje. Nie cudze.

I tym razem nie chowam klawiatury na dno szafy.

Next
Next

Jak wygląda prawdziwe życie w Hiszpanii?